wtorek, 9 marca 2010

Buty [egzystencjalizm alegoryczny]

Ciężkie buty brzmią w takt serca kołatania,
Obcas stukiem mierzy piach, depcze wiatr,
A ja idę od świtania do świtania,
Moje buty cały już schodziły świat.

Cichy szelest liści, blask cholew zagłusza,
Złoto podeszw zdaje się nie liczyć lat,
Maszeruję w takt, mechanicznie się ruszam,
A obcasy wciąż dzwonią jak bat.

Przez pustynie, moczary ślad mój się odciska,
Czasem w stopy odbiciu widać strach,
Bo mnie gonią ogary, prawie jestem w ich pyskach,
Lecz najgorsza z bestii to czas.

Kiedy promień zabłądzi między konarami,
Oślepia mi oczy, myli krok,
Choć sam już nie umiem, idę za swymi butami,
Choćbym chciał, nie pozwolą zejść w bok.

Czasem grzęznę w kruchych źdźbłach wspomnienia,
Gubię pamięć, wszystko już myli mi się,
W uszach wciąż dzwoni wiatru zawodzenie,
Tafla wody już nawet nie odbija mnie…

Buty ciążą, ja tylko załamuję ręce
I dalej w swojej drodze brnę,
Nie przeżyję! Nie podołam męce,
Bo bez butów iść przecież źle…

Jeszcze im pokażę, to ja pokonam je,
Zdejmę buty, gołe stopy dotkną piach,
Najpierw odpocznę, potem wykrwawię się,
Sam wybiorę drogę- po gruzach i szkłach.

Moją ścieżkę poznają po strużce krwi,
Zadepczą obcasami ślady stóp,
Gdy odnajdą ciało, z drwiną rzucą mi:
Widzisz stary! Nie szanowałeś nóg!

Moja postać legnie w szarej bryle ziemi,
Buty porzucone nadal będą stać,
Głaskany przez wiatr obcas, słońcem się mieni,
I on niezniszczalny, nie ja, będzie trwać.

Tam gdzie pójdę sam, nie są mi potrzebne,
Buty, ciało, ni skórzany pas,
Może wreszcie odnajdę, siebie we mnie,
Gdy zniknie ten obcasów trzask.

piątek, 5 marca 2010

He Ram! [Epitafium dla Gandhiego]

Wznosi się tarcza boga wszechrzeczy,
Co dzień nad całym światem
Lecz zapomina widać pan bajeczny,
O Indiach, ganionych batem.

Zamknął i świat powieki patrząc,
Obrzydzenia nie znosząc widoku,
Daleka wyspa złotem oczy racząc,
Człowieczego nie potrzebuje wzroku.

Czy widziałeś kiedyś wzrok trędowatego,
Czy płakałeś kiedyś z tymi, których łzy,
Wypełniają dolinę Hindusu mojego,
Zmieniając w karmazyny białe fale krwi?

Ja w tych oczach, tak dziecinnych,
Chociaż twardy ich wiek,
Widzę życie Mahatmy,
Jak Troję,
I przekraczam tą rzekę,
Na drugi idę brzeg,
Choć ledwo w jej nurcie już stoję.

Nie dam zedrzeć wiary, ostatni to raz,
Gdy człowiek sam z sobą przegrywa,
Ludzie boją się klęknąć, ogromny to ból,
Lecz ich gniew serce w strzępy rozrywa.

Z jednej wszyscy rzeki wyrośliśmy wód,
Z Wisły, Hindusu, Tamizy,
I z każdym szelestem, gdy rozlega się bat,
Mielizny jesteśmy bliżej.

Pochyl więc kark przed ciosem, jak ja,
Ucałuj tą dłoń, co zabija,
Wkrótce padną trupy nasze dwa,
Pamięć milionów nie mija.

A w oczach waszych,
Wciąż widzę strach,
Brak wiary w śmierć, zmartwychwstanie,
Gdy krew ruda płynie zza krat,
Więziona przez przemijanie.

Nie znam słowa wróg,
Nie istnieje nieprzyjaciel,
Lecz gdy widzę Indie płaczę.
Nie wiem co to ból,
Choć pomaga przemijać,
Przestańcie, przestańcie zabijać!


Patrzę z pokorą w oczy kata mego,
Niech przebaczy mi, każdy grzech,
Czego chcesz Panie mój czego?
Przyszedłeś tu-wszystko bierz.

Zajdzie kiedyś słońce,
Wrócę na swój brzeg,
Hindusu fale jaśniejące,
Cicho przygarną mnie.

Otulą mnie w bezkresie,
Królewskie wody purpury,
Zanurzę się jak w lesie,
Burząc ostatnie mury.

A świat będzie trwał i płynąć będą rzeki,
Nie ustaną źródła, nie wypłuczą krwi,
He Ram ! Zdaje mi się, że minęły wieki,
A chwilę trwały żyć naszych dni.

czwartek, 4 marca 2010

Panowie Oficerowie [Rzecz o Katyniu]

Droga ta nie mija,
Prowadzi nas karmazynowy cień,
Wyprostowana szyja,
Odważnie liczy, która noc, jaki dzień.

Zabrali nas o brzasku,
Ze strony, z której nie miał nadejść wróg,
Stoimy teraz w lasku,
Chwila przerwy na rozprostowanie nóg.

Milczy świat koło mnie,
Choć razi złotych orłów blask,
Panowie oficerowie,
To nie czas! Przecież to dopiero brzask…

Te liche sosny i brzozy,
Głowę dam- zdobiły miejski park,
Parowóz kompanów nam zwozi,
Przyjacielu! Jak mały jest świat!

Ach! Gdyby synek był,
Żeby raz jeszcze widzieć było dane,
Wszystko dam, bylebym żył,
Gdy Polska z gruzów powstanie.

Długim szeregiem idziemy,
Gdzie każą nam obce rozkazy,
I w bezradności toniemy,
Nie palą już wroga razy.

Ziemia czeka rozkopana,
Otwiera przed nami ramiona,
Jak lasu otwarta rana,
Co krwią jeszcze nie była splamiona.

W szeregu stoją apeli,
Dumni oficerowie,
Spowici w przedwiecznej bieli,
W czapkach z orłami na głowie.

Wtem pada huk,
Rozrywa ramiona i ból,
Jak mógł? Jak mógł?
Ranić serca gradem kul?

A drzewa klękają z nogi łamanymi,
I salutują naszym czapkom liście,
Wiatr cicho szepta z słowikami swymi:
Wy jak żołnierze do mogiły szliście!



Ziemia przywdziewa kolor czerwony,
Rudych potoków krwi,
Kolor powietrza niczym niezmącony,
Przedwieczną bielą mgły.

I cały świat się zlewa,
Z flagą na mym mundurze,
I łamią się stare drzewa,
Co wichry przetrwały, burze.

Jak razem staliśmy w okopach, wagonach,
Tak razem padamy- jednoczy nas śmierć,
Duma narodu, niezwyciężona,
Potok krwi upuszcza z biało czerwonych serc.

Swe życia- Polsce, dusze Bogu dali,
Ci którzy ginęli- od nienawiści kul,
Śmierć ich- byśmy pamiętali,
I więcej nie było już katyńskich pól.

czwartek, 25 lutego 2010

Ostatni wiersz [z cyklu liryk nieklasycznych]

Ostatni wiersz
gest
szept
nieokiełznany.
Ostatni wers,
źródło emocji,
pustymi słowami.
Nie odnajdzie,
nie odnajdzie nikt,
sensu w nim,
wyznania,
nie będzie.
Nie będzie już nikt,
śmiechu w nim szukał,
czy łkania.
Przebacz mi,
wierszu,
ostatnie słowo,
przebacz,
nie zabrzmi,
milczy jak wiatr.
Nie znajdzie sensu,
kto idzie drogą,
kto zmierza jeszcze,
gdy słów twych już brak.

piątek, 29 stycznia 2010

Suicidium [Lirycznie o samorozwiązaniu]

Przez akt uwolnienia - ni hańby, ni chwały,
odchodzą w historię, co życiem zwiedzeni,
Epikur, Sokrates, Czajkowski, Morai,
odchodzą pochodem- synowie tej ziemi.

Dla tych- których myśl jedyną ostoją,
co w tej myśli żyją, mądrości stęsknieni,
co głupotą gardzą, ignorancji boją,
nie jest śmiercią, a życiem - odejście z tej ziemi.

Do domu zdążają, gdzie wolne idee,
krążą między duchy, niczym ptaki płoche,
porzucając co żyje- posiedli nadzieję,
wszystko co za nimi- odtąd będzie błahe.

Zapomnieni w świecie- duchy zgubionymi,
znaleźli ostoję, co przytula serce,
co zgubili między tworami obcymi,
odzyskali duszą- krwią barwiącą ręce.

Nie znaleźli nigdzie tam życia wiecznego,
znajdując ukojenie w pustce bezistnienia,
uleciało w bezkres nieczujące ego,
ciało opuszczone- nie rzuci już cienia.

Pamięć pozostała i łzy pamiętliwych,
pytań sterty i lament- co wolność odbiera,
jedno niewzruszone- spokój wśród nieżywych,
gdy historia nawet bólu nie zaciera.

Potok cierpienia wciąż wypełnia żyły,
krąży po mym ciele gorycz nienawistna,
nie wiem jeno na co, silny mierzy siły,
czy na bój, czy podróż- gdzie go czeka przystań.

czwartek, 28 stycznia 2010

Do... [Liryki ciąg dalszy]

Do…

Widzę ich wciąż- stoją na scenie
mimo, że oczy powiekami zasnute,
ich śmierć uprzedziła me narodzenie,
wiecznego im życia niosąc pokutę.

Są dalej osoby- świadkowie historii,
burzy ich życia, tchnienia motylego,
strażnicy śmierci w krainie Morii,
strażnicy poprawności niepoprawnego

I ci co widzieli, a niedowierzali,
i ci co wierzyli, a ślepcami byli,
wszyscy wpatrują się teraz z oddali,
w tych co odeszli- co drogę przebyli

I każdy płomyk - co się zapala,
by do wieczystych odpłynąć czeluści,
potęgi pamięci niesie go fala,
podziwu tytana wiąże go uścisk

A ja plugawię swe ręce wciąż grzechem,
sprzątając umysł strzępkami historii,
pamięć pogania łzy serca miechem,
dążąc niezniszczalna do kresu agonii .

wtorek, 26 stycznia 2010

Historia magistra vitae

Zgubiłem swą głowę na kartach historii,
wszelkie wieki łącząc w jedność niezjednaną,
we wszystkim bycie szukając alegorii,
wierząc, że to co wstaje- to jest rzymskie rano.


Znaczenie wszelkie straciły budowle,
wszystkie jakby wieczne w miejscu swoim stały,
po prawej jak falangą rzędem stały groble,
z lewej jak ze spiżu zaś- Forum Romanum.

I znów wodzowie stają przed swymi wojskami,
kolejny raz przegrane rozgrywając bitwy,
pod Waterloo stoi karzeł z swymi Francuzami,
pod Zanną Hannibal do ostatniej gotów gonitwy.

Pola znów skąpane w posoce bezkrwawej,
lśnią jak z rosy trawa- przedwieczną zielenią,
odnajdując szczęście w pamięci rozdrapanej,
brzydząc się przecież victorii nadzieją.

Bezwstydnie zaś wstają kolejne poranki,
gwiazdy błyskiem ślepiąc spartiańskich żołnierzy,
mrokiem Termopil strasząc alianckie tanki,
głaszcząc mogiły w których nikt już nie leży.

Na mapach świata stawiano cokoły,
nadając zbrodni znamiona honoru,
grzebiąc w betonie strzeleckie doły,
potędze wmawiając imię zabobonu.

Zapomni historia i zapomni ziemia,
co było przed wiekiem, i co wiek przyniesie,
krwią będą pluć jednak ciągle pokolenia,
póki nóż się nie zamknie w zakrwawionej kiesie.